„I otwarto księgi”. Sąd Ostateczny Jacobella Alberegna i tajemnica Apokalipsy 20:12

Jacobello Alberegno nie potrzebował ognia, potworów ani szczególnie wymyślnej ikonografii, aby Sąd Ostateczny uczynić niepokojącym. Wystarczyły mu księgi. W jego Poliptyku Apokalipsy zmarli powstają i trzymają je przed sobą, jakby po końcu historii człowieka pozostawał jeszcze dokument, którego nie sposób unieważnić samym faktem śmierci. To niezwykle inteligentny obraz biblijnej eschatologii: kres biologicznego życia nie jest w Apokalipsie kresem odpowiedzialności.
Źródłem przedstawienia jest dwudziesty rozdział Objawienia Jana. Przed wielkim białym tronem stają umarli, „wielcy i mali”, zostają otwarte księgi, a obok nich jeszcze jedna — Księga Życia. Umarli są sądzeni „według swoich uczynków” (Ap 20,12–13). Jan buduje scenę niemal sądową, ale jej skala jest kosmiczna. Nie ma już cesarstwa, miasta, urzędu ani społecznej hierarchii. Morze wydaje swoich umarłych, śmierć wydaje swoich umarłych, Hades wydaje swoich umarłych. Wszystkie instytucje doczesności okazują się prowizoryczne wobec jednego trybunału.
Szczególnie interesujące są właśnie „księgi” — greckie βιβλία, biblia. Obraz nie pojawia się w Apokalipsie znikąd. Należy do znacznie starszego języka biblijnego. Daniel widzi Przedwiecznego zasiadającego na tronie: „Sąd zasiadł i otwarto księgi” (Dn 7,10). Malachiasz wspomina natomiast o „księdze pamięci” spisanej przed Bogiem dla tych, którzy się Go boją (Ml 3,16). Psalmista mówi o dniach zapisanych w Bożej księdze, zanim jeszcze którykolwiek z nich nastał (Ps 139,16). Apokalipsa przejmuje więc dawny motyw Boga, przed którym historia nie rozpływa się w niepamięci.
To uderza w jedno z najbardziej praktycznych ludzkich przekonań: że wystarczająco odległa przeszłość staje się w końcu nieważna. Człowiek ma zadziwiający talent do udzielania sobie retrospektywnego rozgrzeszenia. To, co zrobił wczoraj, dziś otrzymuje kontekst; po roku — usprawiedliwienie; po dziesięciu latach — starannie poprawioną interpretację. Pamięć jest znakomitym adwokatem własnej osoby. Apokaliptyczna księga pełni funkcję dokładnie odwrotną: pamięta bez interesu w fałszowaniu zeznań.
Nie należy oczywiście wyobrażać sobie Boga jako niebiańskiego archiwisty wertującego rejestry, ponieważ zapomniał, co uczynił człowiek. To antropomorficzny język objawienia. Księga oznacza, że wobec Boga nic, co moralnie rzeczywiste, nie staje się nierzeczywiste tylko dlatego, że minął czas. W Biblii zapomnienie i pamięć mają znaczenie teologiczne. Bóg „pamięta” nie dlatego, że wcześniej czegoś nie pamiętał, lecz dlatego, że pozostaje wierny prawdzie i swojemu przymierzu.
Jest w scenie Jana także subtelne upokorzenie wszystkich ziemskich hierarchii. Przed tronem stoją „wielcy i mali”. Apokalipsa powstawała w świecie, który doskonale wiedział, kim są „wielcy”. Cesarz posiadał tytuły, posągi, monety ze swoim wizerunkiem i aparat władzy zdolny decydować o życiu innych. Jan jednym zdaniem ustawia cesarza obok bezimiennego niewolnika. Eschatologia bywa pod tym względem bezczelnie egalitarna. Śmierć nie zachowuje protokołu dyplomatycznego, a przed białym tronem nie przewidziano loży honorowej.
Jeszcze bardziej niewygodne okazuje się kryterium sądu: „według uczynków”. Dla protestanckiego czytelnika zdanie to wymaga uwagi, ponieważ wyrwane z kontekstu mogłoby wyglądać jak rachunek zasług. Tymczasem Nowy Testament równie stanowczo odrzuca możliwość kupienia zbawienia moralnością. „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę […] nie z uczynków” — pisze Paweł (Ef 2,8–9). I natychmiast dodaje, że zostaliśmy stworzeni w Chrystusie „do dobrych uczynków” (Ef 2,10).
Nie ma tu sprzeczności, jeśli odróżni się podstawę zbawienia od świadectwa życia. Uczynki nie są walutą, którą człowiek opłaca wieczność. Są widzialnym następstwem tego, komu rzeczywiście zaufał i czemu służył. Drzewo nie staje się żywe dlatego, że przyklejono do niego owoce; żywe drzewo owocuje dlatego, że żyje. Dlatego Jakub może bez naruszania Pawłowej nauki o łasce powiedzieć, że „wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2,26).
Apokalipsa dodatkowo komplikuje prostą moralną buchalterię, ponieważ obok ksiąg pojawia się Księga Życia. Gdyby zamiarem Jana było przedstawienie zbawienia jako nagrody za odpowiednią liczbę dobrych zachowań, ta druga księga byłaby właściwie zbędna. Tymczasem znajduje się w samym centrum sceny. W Apokalipsie jest ona związana z Barankiem (Ap 13,8; 21,27). Sąd według uczynków i Księga Życia stoją więc obok siebie: odpowiedzialność człowieka nie znosi łaski, a łaska nie zamienia odpowiedzialności w fikcję.
To rozróżnienie chroni chrześcijaństwo przed dwiema równie wygodnymi deformacjami. Pierwsza mówi: będę wystarczająco przyzwoity, więc Bóg będzie mi coś winien. Druga: skoro zbawienie jest z łaski, sposób życia nie ma większego znaczenia. Nowy Testament odrzuca obie. Faryzeusz nie może wystawić Bogu faktury za własną cnotę, ale człowiek powołujący się na łaskę nie otrzymuje tym samym teologicznego immunitetu na zło.
Dlatego szczegół namalowany przez Alberegna jest bardziej przenikliwy, niż sugerowałaby jego średniowieczna forma. Zmarli nie stoją przed lustrem, lecz przed tronem. Lustro pozwala jeszcze zajmować się własnym obrazem. Tron oznacza istnienie miary poza człowiekiem.
Współczesność szczególnie nie lubi tej możliwości. Chętnie przyjmuje duchowość jako doświadczenie, symbol, terapię, tradycję albo element tożsamości. Znacznie mniej entuzjazmu wywołuje Bóg posiadający prawo sądu. Taki Bóg narusza bowiem bardzo nowoczesny dogmat: przekonanie, że jednostka ma ostateczne prawo nie tylko wybierać własne życie, lecz również samodzielnie nadawać moralną kwalifikację własnym czynom. Sędzia w Apokalipsie jest wobec tego dogmatu wyjątkowo nietaktowny — nie konsultuje wyroku z podsądnym.
A jednak chrześcijańska wizja Sądu nie została dana po to, by produkować religijną grozę. Jest również obietnicą sprawiedliwości. Gdyby po śmierci rzeczywiście „nie było nic”, jak lubi powtarzać współczesny materializm, konsekwencje byłyby znacznie poważniejsze niż brak nieba. Oznaczałoby to również, że istnieją krzywdy, których nikt nigdy nie osądzi; ofiary, których prawdy nikt ostatecznie nie potwierdzi; zbrodnie, które po śmierci sprawcy osiągnęły doskonałą bezkarność. Grób byłby wówczas nie tylko końcem człowieka. Byłby również najlepszym sejfem dla niesprawiedliwości.
Apokalipsa odmawia złu tego luksusu.
Morze oddaje umarłych. Śmierć oddaje umarłych. Hades oddaje umarłych. Księgi zostają otwarte.
Właśnie dlatego niewielkie tablice Jacobella Alberegna potrafią być bardziej niepokojące niż całe późniejsze galerie piekielnych tortur. Nie potrzebują makabry. Wystarcza im biblijna idea, że istnieje Pamięć, której śmierć nie kasuje, Sprawiedliwość, której nie da się przeczekać, i Łaska, której człowiek nie może sobie przypisać jako własnej zasługi.
Na końcu historii pozostaje bowiem tron, otwarte księgi i Księga Życia.
Dla jednych brzmi to jak groźba.
Dla skrzywdzonych — może brzmieć jak obietnica.



Komentarze